RSS Paraprawo

Homo homini lupus est

Archiwum

Polecane strony


Art. 32 Konstytucji RP. Article 32


1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
All persons shall be equal before the law. All persons shall have the right to equal treatment by public authorities.

2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
No one shall be discriminated against in political, social or economic life for any reason whatsoever.

Art. 45 Konstytucji RP. Article 45


1. Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd.
Everyone shall have the right to a fair and public hearing of his case, without undue delay, before a competent, impartial and independent court.

Art. 54 Konstytucji RP. Article 54


1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.
The freedom to express opinions, to acquire and to disseminate information shall be ensured to everyone.

Art. 77 Konstytucji RP. Article 77


1. Każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej.
Everyone shall have the right to compensation for any harm done to him by any action of an organ of public authority contrary to law.

2. Ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.
Statutes shall not bar the recourse by any person to the courts in pursuit of claims alleging infringement of freedoms or rights.

Podróż piąta – Ameryka Płd.’90


Zarys tej podróży powstał w szalonej głowie autora na lotnisku Okęcie tuż po wylądowaniu samolotu LOTu, którym wróciłem z Singapuru (podróż czwarta), gdy w megafonach dało się słyszeć zapowiedź: „…wylądował samolot, rejs nr…z Moskwy, pasażerowie przylatujący z Buenos Aires proszeni są…”.To wystarczyło, żeby w niedługi czas potem w moim paszporcie pojawiła się pierwsza wiza urugwajska

a potem zachłannie ale starannie wypełniły się moim piórem dziesiątki rubryk w najrozmaitszych formularzach wizowych i wnioskach do linii lotniczych o zastosowanie dla mnie wszelkich możliwych zniżek cenowych na bilety przewidziane dla szalonych turystów.

Mając już trochę podróży za sobą i rekomendacje przysługujące organizatorom turystyki, otrzymałem pierwsze zapewnienie, że „Aerofłot” udzieli mi 25% zniżki na zakup biletu lotniczego na dowolnej trasie obsługiwanej przez rejsowe samoloty tego przewoźnika. Kolejnymi liniami, które uległy moim prośbom i namowom były KLM, które z kolei zaoferowały mi równie tani przelot na odcinkach mniej „obłożonych” – i tu, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że mogę skorzystać z nocnego lotu w klasie „C” na trasie Rio de Janeiro = Buenos Aires.

Klasa „C” w Boeingu 747 linii KLM, okazała się bardzo wygodną sypialnią, w której naprawdę urodziwe Holenderki podawały mi schłodzonego szampana i otulały kocykiem dbając chyba, żebym się od tego szampana nie przeziębił. Nie stanowiło też problemu ulokowanie moich dwóch obrazów o ponadnormatywnych rozmiarach, zakupionych od artysty Villarda w czasie kilometrowego wernisażu malarskiego wzdłuż Avenida Atlantica.

Nie ukrywam, że mój polski paszport i wysłużone nieco sandały wzbudzały u obsługi pokładu klasy „C” „pewną nieśmiałość”, która jednak znikła wkrótce po obejrzeniu zakupionych w Rio obrazów. Uznano mnie po prostu za nieszkodliwego wariata a ja nigdy nie zapomnę pierwszej w życiu (i chyba niestety ostatniej) podróży piętrowym samolotem.

Również niezapomniany (może trochę z innych powodów) był lot samolotem linii Aerofłot z Moskwy do Rio de Janeiro.

O ile dobrze pamiętam był to chyba nowy produkt radzieckiej myśli technicznej, czterosilnikowy jumbo jet „IŁ 96”. Samolot ten o wysokości ok. 19 metrów (5 pięter) robił wrażenie nie tylko swoją potęgą ale także znakomitym „prowadzeniem się”. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie doznałem takiego luksusowego startu i lądowania – po prostu „malina”.

Żeby jednak nie przesłodzić, samolot ten miał swoje wady:

– leciał do Rio grubo ponad 20 godzin

– chyba lubił wypić, więc po drodze lądował aż trzy razy (startował zresztą też trzy).

Jak to zwykle bywa trasa lotu była prosta, tyle, że biegła trochę zakosami. Pierwsze lądowanie na lotnisku im. Houari Boumediene w Algierze. Tam zaskoczył mnie widok szerokich a spłaszczonych autobusów do przewozu pasażerów, które wyglądały jakby właśnie jumbo jet na nich wylądował. Potem polecieliśmy na Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). Tam z kolei po raz pierwszy zachwyciłem się pieśniami, nie żyjącej już, Cesarii Evory snującymi się z lotniskowych głośników. Wreszcie, skok przez Atlantyk i lądowanie w całkiem wojskowym, brazylijskim mieście Recife. Wyjść z sali tranzytowej nie wolno, kupić sobie czegoś do picia nie wolno, oddychać trudno.  Nic to, za kilka godzin miałem być przecież nagrodzony – następne lądowanie to spełnienie młodzieńczych marzeń – to już oglądana oczami wyobraźni wibrująca samba, to Astrid i Joao Gilberto, Antonio Carlos Jobim i „Girl from Ipanema”, to Copacabana, cachaca i Caipirinha, to Maracana, to Rio de Janeiro !

Wreszcie na miejscu. Lotnisko w Rio de Janeiro znane jest całemu światu oglądającemu filmy, choćby „Człowieka z Rio” z  Jean-Paul Belmondo, więc pozornie nie ma sensu się o nim rozwodzić. Jednak dla przybysza z Polski wylatującego ze starego lotniska Etiuda na Okęciu w roku 1990, rzeczy pozornie oczywiste nie zawsze takimi się okazują.

Przechadzając się przez dłuższa chwilę głównym pasażem lotniska w Rio doznałem takiej futurystycznej wizji – a co by było, gdyby we wszystkich domach na całej długości  Alei Jerozolimskich w Warszawie były same Pewexy….

Młodszym internautom należy wyjaśnić, że Pewexy to były w czasach mojej młodości sklepy sprzedające towary obce ale i nierzadko polskiej produkcji, tyle, że dokładnie uszyte albo porządnie poskręcane i pomalowane bez zacieków, obić i pęknięć, tudzież starannie przedestylowane i zrektyfikowane, za waluty obce albo tak zwane bony towarowe Banku PeKaO SA.

Aby zrozumieć fenomen polskiej elegancji lat ’90 należy wyobrazić sobie, że buteleczka męskiego „Old Spice” z żaglowcem na okładce otwierała większość szuflad i teczek z dokumentami w najtrudniejszych do zdobycia urzędach, podobnie zresztą jak flakonik damskich pachnideł „Cobaco” lub „Evasion”. Szczytem stylu „luz blues” było niedbałe rzucenie na stolik dopiero co napoczętej paczki mentolowych papierosów „Dunhill” lub ekstra mocnych „Gitanes”.

Pamiętam też, że zawsze mile widziane były eleganckie rajstopy, cieniutkie cygaretki białe „Eve” lub ciemnobrązowe „St Moritz” a do tego na przykład lakier i tusz „Bourjois”.

A kto nie chciał się struć na imprezie, nabywał za 0,75 dolara amerykańskiego (w bonach) flaszeczkę „Zytniej” z biało-czerwoną nalepką. Jeśli trafiał się zaś amator przerobionych na alkohol kartofli, to za pięć centów więcej nabywał oblepioną srebrzystymi nalepkami niezawodną „Wyborową”.

Więc to lotnisko w Rio de Janeiro to były kilometry Pewexów z najrozmaitszymi towarami, w większości mnie osobiście nieznanymi i kolejne kilometry mniejszych lub większych barów i kiosków z żarciem, którego sam zapach przyprawiał o zawrót głowy. No i coś jeszcze, czym mogła Brazylia zaimponować młodemu człowiekowi z Polski to dziesiątki i dziesiątki najrozmaitszych gatunków piwa we flaszkach od 0,2 do 1,5 litra, tak kolorowych jak przedszkolna świetlica po zajęciach z malowania.

Jeszcze tylko sprawdzenie adresu zamówionego teleksem hoteliku, odnalezienie właściwego przystanku autobusowego i …niech się dzieje wola Nieba.

Miasto przywitało mnie ostatnim dniem karnawału.

Budzący się oczywiście słoneczny dzień i narastający z minuty na minutę melodyjny gwar niewyobrażalnie dla mnie wielkiego miasta, kazały mi na chwilę zapomnieć o zmęczeniu podróżą a mojemu zdezorientowanemu organizmowi  wyciszyć emocje związane ze zmianą strefy czasowej i odwróceniem sentencji dnia i nocy.

Powitanie przez właściciela hoteliku poranną kawą i szybkim śniadaniem, rozpakowanie klamotów w niewielkim ale urządzonym w oryginalnym, kolonialnym stylu, pokoju hotelowym, krótka „instrukcja obsługi” Rio de Janeiro, plan miasta w rękę, kasa do kieszeni i…. witaj przybyszu!

Hotelik Santa Clara był znakomicie usytuowany, zaledwie 800 m od Avenida Atlantica, głównej arterii Rio  i niedaleko lokalnego bazarku, którego zaopatrzenie przypominało nieco warszawski prestiżowy bazar przy ul. Polnej a w pobliżu dzielnicy mieszkalnej, która obfitowała w tanie knajpki i bary z gotowymi daniami, możliwymi do obejrzenia przez szybkę i do zamówienia poprzez pokazanie palcem.

Korzyść z zamieszkania w takiej dzielnicy to również liczne kontakty z jej mieszkańcami, którzy popołudniami i wieczorami chętnie i wesoło spędzają czas w tychże lokalikach, mają niekiedy w nich swoje miejsca od lat, których wypada im ustąpić gdy się pojawią.

Nieodłącznym elementem tych miejsc jest wcale nie głośna ale stonowana muzyka wykonawców i kompozytorów znanych naszym melomanom z czarnych krążków płyt analogowych lub koncertów Jazz Jamboree. Bossa nova autorstwa Joao Gilberto, wykonana głosem samego kompozytora lub jego córki, Astrid Gilberto, zilustrowana saksofonem Stana Getza – to niedoścignione mistrzostwo nastroju relaksującego się tropikalnego miasta wielkości dziesięciu Warszaw.

Aby należycie się z tym miastem zapoznać w krótkim, przewidzianym na mój pobyt, ośmiodniowym okresie czasu, zdecydowałem się na wykupienie pakietu atrakcji turystycznych. Trzeba w ty miejscu podkreślić, że – mimo ogólnoświatowej tendencji zarabiania na turystach – Brazylijczycy potrafili zachować choć pozory (a wierzę, że nie tylko pozory) szczerej gościnności i nietraktowania przybyszów z całego przecież świata jak „chodzące portfele” z czym spotykamy się nagminnie w latach dwutysięcznych w budowanych strefach „strzyżenia owiec” np. w krajach śródziemnomorskich.

Opiekujący się naszą grupą okazał się miłym i oblatanym lokalnym patriotą, dla którego wszystko w Rio było naj…, naj… i naj…, co zresztą w wielu przypadkach okazywało się prawdą. Na przykład przekonała mnie do tego wizyta w szkole samby w dzielnicy Ipanema, do której z całą pewnością nie należy zapuszczać się samemu ani brzaskiem, ani bladym świtem, ani południowym słońcem ani popołudniem, wieczorem, nocą i północą.

Nie, nie dlatego, żeby Ci zaraz ucięto głowę! Absolutnie. Ona sama Ci się urwie od oglądania się za dziełami Stwórcy powstałymi z naszych męskich żeber a o nogach do samej szyi, których to dzieł szczególnie tej dzielnicy Rio – Stwórca nie poskąpił. A, że przy okazji możesz stracić portfel a zarobić „pod oko”, to przypadłość nie tylko Rio de Janeiro ale i naszej poczciwej starej warszawskiej Pragi, łódzkich Bałut czy radomskich Glinic.

Po emocjach związanych z sambą i lambadą, należał się grupie relaks. Nasz przewodnik miał zaplanowaną dla nas na tę okoliczność podróż w czasie do okresu cesarstwa brazylijskiego. I choć okres cesarstwa nie należał w Brazylii do zbyt długich, to zdążył zaowocować powstaniem drogi przez góry łączącej Rio de Janeiro z miastami w głębi kraju a po drodze i przy okazji założeniem ponadtrzystutysięcznego obecnie Petropolis.

Miasto Petropolis, jak sama nazwa wskazuje,założone zostało na cześć cesarza Piotra I, który w zasadzie zdołał jedynie wskazać miejsce, w którym miałoby ono powstać, gdyż – jak podaje historia – abdykował. Jego pomysł zrealizował zatem cesarz Piotr II.

Powodem dla takiego usytuowania miasta miały być piękne widoki, którymi zachwycił się cesarz Piotr I, a którymi zachwyciliśmy się także i my, jadąc drogą, o której pierwsze wzmianki sięgają roku 1702.

Najpiękniejszą część rezydencji cesarskiej bezsprzecznie stanowi Pałac Kryształowy, którego powstanie datuje się na rok 1843.

Wizyta w cesarskiej rezydencji dostarczyła nam wielu wrażeń estetycznych ale i emocjonalnych, gdyż wytyczający drogę przez góry geodeci i inżynierowie budowlani roku 1702 nie lubili chyba budować mostów ani tuneli, więc zdecydowali się na opasanie każdej góry z osobna wianuszkiem zakrętasów, które musiały wprawiać w zawrót głowy nawet muły ciągnące tą drogą towary.

Tkwi w mojej pamięci parę takich dróg, z których do najbardziej porąbanych zaliczyłbym drogę wyjazdową z Ankary (opisaną przeze mnie w „Podróży drugiej”), starą drogę na przełęcz św. Bernarda w Alpach (o której będzie w „Podróży szóstej”), drogę Trolli w Norwegii a także parę dróg w Chorwacji.

A może, drodzy internauci, spróbujemy pokusić się o sporządzenie rankingu „najbardziej porąbanych dróg” w Europie albo i na Świecie?

http://www.motokobiety.pl/Niezwykle,drogi,swiata,1-802-17-jpg.html

Dla młodego człowieka z Polski, zwłaszcza takiego, który sam kopał klubową piłkę (patrz felieton „Początki”), prawdziwe emocje dopiero jednak czekały. Otóż nazajutrz, mieliśmy zamówione bilety na mecz piłkarski pomiędzy drugą i trzecią drużyną ligi brazylijskiej sezonu 1989/1990 to jest Botafogo vs Flamengo (pierwsze miejsce dzierżył klub Vasco da Gama z dość dużą przewagą). Ale przecież gdyby to był taki sobie mecz ligowy, nie zaprzątałbym nim głowy czytelnikom moich felietonów.

Ten mecz miał się odbyć na największym stadionie Świata – na Maracanie!

Możecie się uśmiechać – stary Michał zwariował. Cóż to takiego?

Spróbujcie jednak przenieść się oczami wyobraźni o te dwadzieścia lat wstecz, wyobrazić naszą polską rzeczywistość, zupełnie inne stosunki międzyludzkie, zupełnie inne emocje.

Czy ktoś Wam mówił, młodzi internauci, jak wyglądały ulice polskich miast podczas meczów Mistrzostw Świata w Monachium albo Barcelonie?  Otóż były one kompletnie puste. Nawet tramwaje nie jeździły bo prąd też oglądał mecz.

Nie, żadne strefy kibica, żadne spędy, żadnego zakazu plakatów teatralnych – a po co?

Jakieś wyczarowane spod lady piwko, słone paluszki z krakowskiego „Lajkonika” i oczy wlepione w czarno-biały telewizor. I tylko emocje, emocje, emocje…

A teraz zgromadźmy 130.000 takich rozemocjonowanych, gorącokrwistych Brazylijczyków, po zabój zakochanych w swoich dzielnicowych gwiazdach futbolu i mamy stadion fioletowo-pomarańczowy.

I mamy sambę w falowaniu masy opalonych ciał niczym dojrzałych łanów zboża, w śpiewach i tańcach, w ogłuszającym rytmie tysięcy bębnów, w powiewających dziesiątkach tysięcy proporców i flag różnych barw i wielkości – i ta momentalna cisza na dźwięk sędziowskiego gwizdka: faul?, karny?, gol?.

Który dyrygent Świata zdołałby równie momentalnie wyciszyć 130.000 muzyków? Tylko sędzia piłkarski na Maracanie.

W meczu było 1:1 ale po meczu telewizja podała, że 2 osoby nie żyją, 54 rannych przebywa w szpitalach a ponad 170 aresztowanych czeka na sąd 24-godzinny.

Mnie się udało tym razem przetrwać w całości.

Po tych z kolei emocjach, zaproponowany nam relaks przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nieduża ale piękna i dostojna łódź żaglowa powiozła nas na nieodległą wyspę tropikalną, na której  atmosfera i roślinność, nigdzie dotąd przeze mnie nie spotkana, w pełni zasługiwała na określenie „rajska”. Nader uprzejma obsługa obdarowała nas kwiatowymi łańcuchami, nakarmiła a przy tym spoiła nieco lekko(?) alkoholowymi drinkami przyrządzonymi na bazie owoców tropikalnych o wszystkich barwach tęczy.

Niestety, mili organizatorzy nie uwzględnili faktu, że poza jedynakiem z Polski, pozostali załoganci żaglowca nie posiedli dostatecznego doświadczenia w degustacji „barw tęczy” i ich próby samodzielnego przejścia trasy od czerwieni, poprzez pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, do fioletowego, kończyły się wcześniej przerwaniem barwnego widma (u nas potocznie – urywał im się film). Nastręczyło to trochę kłopotów naszemu kierownikowi wyprawy, musiał bowiem biedak potrząsnąć swoją kiesą i opłacić właściciela żaglowca za dodatkowy prawie trzygodzinny postój przy „rajskiej wyspie”. Na szczęście były to jedyne konsekwencje „tęczowej” libacji i po tym dodatkowym wypoczynku wszystkim wrócił radosny nastrój i pełni szczęścia powróciliśmy do swoich miejsc zakwaterowania. Kierownik zebrał spore napiwki i w ten sposób nawet nie poniósł on wielkiego uszczerbku materialnego. Było za to o czym opowiadać cały następny dzień.

A był to dzień doprawdy niemal sensacyjny.

Otrzymaliśmy bowiem szansę, dość rzadką dla obcych, uczestniczenia w obrzędzie religii Voodoo.

Nie, żebym miał ochotę na zmianę wiary ale jednak słyszałem co nieco o białej i czarnej magii Voodoo a wpuszczony do polskich wypożyczalni kaset film Wesa Cravena z roku 1988 „Wąż i tęcza” (The Serpent and the Rainbow) zainteresowanie nią jeszcze podsycił, gdyż powstał w oparciu o reporterską powieść Wade’a Davisa z roku 1985 opisującą jego badania naukowe nad tajemnicami obrzędów Voodoo.

Zaczynem do tych badań była zauważona w wiosce obecność wśród żywych mężczyzny, który pojawił się w tam 18 lat po swoim pogrzebie.

Jako konkretne ostrzeżenie dla lwów salonowych i nadgorliwych singli podam, że według encyklopedii Wikipedia, na Haiti i okolicznych wyspach posypywanie proszkiem, zamieniające ludzi w zombie do dziś bywa karą za kradzież kobiety. Taką samą zresztą karę przewiduje się za użycie przemocy czy chociażby chciwość.

Następnego dnia pokazywano nam, co prawda, największą na Świecie tamę i elektrownię wodną ale po tym bliskim zetknięciu się z realnym obrządkiem Voodoo i wprowadzonymi w autentyczny trans jej wyznawcami – nic już nie przyciągało tak naszej uwagi i nie wywoływało nawet porównywalnych emocji.

Nocny lot z Rio de Janeiro do Buenos Aires liniami KLM opisałem na wstępie, więc teraz dodam tylko, że zetkniecie moje z Buenos Aires przebiło wszystko. Witaj nieznana a pożądana Argentyno !

Wymaga zaznaczenia, że nastąpiło ono o godzinie 5 rano w samym centrum miasta przy El Obelisco na głównej i najszerszej ulicy Świata Avenida 9 de Julio – znanej bywalcom seriali argentyńskich, bo od jej widoku większość z nich się zaczyna.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Avenida_9_de_Julio

Tu wysiadłem z lotniskowego autobusu i ledwie przecisnąwszy się przez tłum przechodniów, dotarłem do położonego przy drugiej z brzegu ulicy hoteliku, gdzie za 5$ za dobę ustaliłem swoją bazę wypadową dla Republiki Argentyny.

Teraz, bo była już 6 rano, wcisnąłem się jakoś do jednego z dziesiątków przepełnionych gwarnym tłumem barów, gdzie w rozmieszczonych na ścianach telewizorach nadawano – a cóżby innego – mecz piłkarski i zamówiłem kanapkę z kotletem „milanese”. Uważałem bowiem, że jeszcze za wcześnie na opychanie się żarciem i jedna kanapka wystarczy. Pamiętam, że cena jej była nader ekologiczna i wynosiła wraz z „malutką, maleńką czarną” 1,8$.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że „milanese” zwisa mi dookoła talerzyka, waży pewnie z ćwierć kilo i że o obiedzie mogę zapomnieć.

Tak zaoszczędzone środki finansowe przeznaczyłem na butelczynę pysznego piwka, które po nie całkiem przespanej nocy ścięło mnie jak żelatyna „zimne nóżki” i zmusiło do skorzystania choć na parę godzin z hotelowego łóżka.

Ogromny wentylator uwieszony pod sufitem pokoju swym łagodnym szumem nie musiał długo kołysać mnie do błogiego snu….

Ciepło, tak, to ciepło mnie obudziło. Wentylator choć wielki jak śmigła elektrowni wiatrowej nie chłodził a tylko mieszał otaczające mnie ciepłe powietrze.

Był przecież luty – sam środek lata – na nocnym niebie Krzyż Południa zamiast Wielkiego Wozu (lub choćby tego Małego) no i te bajery ze zlewaniem się wody z wanny czy umywalki w drugą stronę niż w Warszawie.

Nie czułem natomiast stania na głowie ani zwisu głową w dół jak przedstawiają to rysunki przedszkolaków na temat drugiej półkuli Ziemi. No, odczuwałem trochę silniejszą grawitację ale dopiero po zakrapianej kolacji z przedstawicielem Aerofłotu.

Kolacja ta była niezbędna, szczególnie wówczas, gdy dowiedziałem się, że ze względu na nadzwyczaj pełne „obłożenie” lotów z Buenos Aires do Moskwy, mój bilet „open” kupiony za 255$ nie jest do zaakceptowania, gdyż bilety do Moskwy sprzedają się „jak ciepłe bułeczki” po 650$ za sztukę i są wyprzedane na kilka tygodni naprzód.

Wiadomość ta dotarła do mnie już dnia następnego, więc moje plany turystyczne (jeśli je w ogóle miałem) wzięły w łeb.

Rio de Janeiro nadszarpnęło nieco mój budżet a odległość od domu jaką musiałem pokonać żeby wrócić, wynosiła co najmniej Atlantyk plus kawałek Europy i nie nastrajała mnie optymistycznie.

Kolejna kolacja z „człowiekiem Aerofłotu” podsunęła mi jednak rozwiązanie. Gdy bowiem kończyliśmy połówkę jagnięcia i prawie połówkę galonu „Jasia Wędrowniczka”, okazało się, że za około trzy tygodnie z Montevideo (Urugway) będzie leciał z międzylądowaniem w Buenos Aires specjalny samolot „Ił 86” z marynarzami kończącymi służbę na statkach – przetwórniach łowiących ryby na Atlantyku u zachodnich wybrzeży Argentyny i Urugway’u.

Uzyskałem wielokrotną obietnicę, że samolot ten zabierze mnie do Moskwy jak tylko przyjdzie jego pora.

No dobrze, nawet bardzo dobrze, tylko, że oznaczało to przymusowe przedłużenie mojego pobytu w Argentynie o ponad trzy tygodnie. Normalnie – klawo. Tylko skąd wziąć forsę na cały ten okres pobytu no i jak skonstruować program pobytu?

Nie było kart kredytowych, nie było bankomatów nie dało się zrobić debetu. Nie byłem piękną panną ani nawet urodziwym Adonisem, nie osiedliła się też w Argentynie moja rodzina, nie przemyciłem diamentów, kawioru ani kryształów huty „Julia”.

Michał, myśl!

No i pomyślałem: Eureka! Od czego są nasze placówki dyplomatyczne!

Zamówiłem taxi i umówiwszy uprzednio wizytę, pognałem do polskiej Ambasady.

Taksówki w Buenos Aires były tańsze niż w Warszawie, więc przejażdżka nią kosztowała mnie równowartość obecnych 14 złotych.

To słowo „równowartość” przylgnęło do mnie na całą podróż po Argentynie, gdyż poziom inflacji waluty tego kraju przekraczał nawet osiągnięcia profesora Balcerowicza. Nigdy nie należało zamawiać obiadu przed 12:00, bo o tej godzinie Narodowy Bank Argentyny podawał komunikat o cenie dolara amerykańskiego na najbliższe popołudnie, wobec czego zamówiony obiad przy płaceniu zań po 12:00 kosztował już nieco więcej.

W obiegu funkcjonowały stare i nowe pesos oraz wprowadzane stopniowo do obiegu australe (z australi Argentyna wycofała się ostatecznie w roku 1992).

Największy nominał jaki otrzymałem w banku to milion starych pesos,

których wartość nabywcza wynosiła 10 nowych pesos. Australe – o ile dobrze pamiętam – były wymieniane „łeb w łeb” z nowymi pesos.

Tak więc podobna do angielskiej – taksówka – zajechała z fasonem i za mną w środku pod budynek polskiej Ambasady. Należy zauważyć, że indywidualny turysta z Polski był w roku 1990 w Argentynie równą rzadkością jak suche drzewo w czasie deszczu. Stąd też zapewne krótki termin mojej audiencji i ciekawe spojrzenia urzędników najpierw przez firanki w oknach a później już w poczekalni.

Przyjął mnie Radca Handlowy Ambasady, który gdy usłyszał o celu mojej wizyty, sięgnął trochę nerwowo po karafkę z wodą aby po zwilżeniu sobie gardła niemal wykrzyczeć do mnie pierwsze zdanie radosnego powitania swojego obywatela na dalekiej obczyźnie: „To pan przyjeżdża do Ambasady pożyczyć pieniądze?! Taksówką?!”.

Nie wiedząc jak się mam do tego pana zwracać wybrałem formę „Panie Konsulu” i chyba dobrze skoro do końca naszej rozmowy tak pozostało.

Dalsza część spotkania przebiegła już w bardzo przyjaznej i spokojnej atmosferze. Okazało się, że Pan Radca mieszka w Polsce kilometr od mojej „makaroniarni” a jego rodzina zaopatruje się u mnie w odpadowy makaron dla psa, który zresztą go chwali wesołym merdaniem ogonem a kwota pożyczki, o którą przyjechałem prosić (300 USD) nie jest kwotą wielką i nie naruszy budżetu Ambasady. Musiałem jeszcze zapłacić 18$ za korespondencję teleksową z Ministerstwem Spraw Zagranicznych w Warszawie, które uzyskało telefoniczną gwarancję mojej wypłacalności od mojego ówczesnego pełnomocnika – i trzy stówki zielonych wylądowały w mojej kieszeni. Pan Radca życzył mi miłego dalszego pobytu w Argentynie a na koniec obiecał wstawić się za mną w Aerofłocie i zastrzegł, żebym następnym razem nie podjeżdżał pod Ambasadę taksówką o ile będę chciał pożyczyć pieniądze, bo to jest zachowanie, delikatnie mówiąc, ponadstandardowe.

Chyba to Jego wstawiennictwo i dwa wieczory, które spędziłem przy jagnięcinie i „Jasiu Wędrowniczku” z „człowiekiem Aerofłotu w Buenos Aires”, omawiając sposób na mój szczęśliwy i nieodległy powrót do Moskwy, spowodowały, że jednak trochę później niż planowałem ale w końcu wróciłem do domu w Polsce w dobrej formie i z głową pełną wrażeń.

Mając zabezpieczone środki finansowe na dalszy pobyt w Argentynie, zacząłem się rozglądać za sposobem ich racjonalnego spożytkowania. W sukurs przyszedł mi przypadek.

Szukając bowiem na dworcu autobusowym połączeń do wybranych uprzednio ciekawych – moim zdaniem – miejsc, spotkałem w dworcowej restauracyjce dwóch wyraźnie sobą poirytowanych dżentelmenów prowadzących ożywioną dyskusję, którzy na mój widok przerwali tę dysputę i zaproponowali miejsce przy swoim stoliku. Zamówiłem oczywiście „zwisającego z talerzyka kotleta milanese” i rozpoczęło się międzynarodowe spotkanie.

Jak się dowiedziałem, takiego gościa na terenie lokalnego dworca autobusowego jeszcze nie spotkali a wzbudziło ich szczególne zainteresowanie moje nieco pucułowate oblicze. Ponieważ nie pasowałem do standartu żadnej ze znanych im nacji, zostałem poddany mini śledztwu na tę okoliczność. Nazwę Polska oczywiście słyszeli, kraju nie znali ale znali, a jakże, nazwiska kilku naszych zawodników z drużyny „orłów Górskiego”, która 15.06.1974 roku na Neckarstadion w Stuttgarcie dokopała reprezentacji Argentyny 3:2 (Lato x 2 i Szarmach x 1), a która w rewanżu rozegranym niemal dokładnie w cztery lata później 14.06.1978 na Estadio Gigante de Arroyito w argentyńskim Rosario, poległa z Argentyną 0:2 (Kempes x 2).

Po wymianie takich informacji nasza przyjaźń była tuż, tuż.

Zostałem zaproszony do biura firmy „Export – Import” przez nich prowadzonej,

i napojony pierwszy raz w życiu herbatą „Yerba mate”.

Napój ten rodem z Paragwaju mógł być znany w latach ’90 w Polsce pod nazwą „ostrokrzew paragwajski” (łacińska nazwa illex paraguariensis), ale nie koniecznie spopularyzowany, gdyż przez władze nasze uważany był za rodzaj miękkiego narkotyku. Tymczasem z narkotykami miał on tyle wspólnego co dromader z baktiarem.

Moi nowi przyjaciele poinstruowawszy mnie jak owego naparu rozkosznie zażywać,

pomogli mi  też korzystnie wydać pożyczone od Konsula pieniądze polecając mi  „najlepsze bilety lotnicze, które są nie w Paryżu ale w „Cosmopolitan” przy Av. Leandro”.

Przyjąłem oczywiście zaproszenie od Carlosa na spotkanie następnego dnia, zwłaszcza, że miałem zostać przedstawiony – jak mi się wydawało – jednemu z parlamentarzystów argentyńskich.

Tu przesadziłem jednak trochę ze swoimi oczekiwaniami, gdyż źle odczytałem tytuł mojego „jutrzejszego” gospodarza. „Mandatario para la Republica Argentina” nie oznaczało bowiem, ze Pan ten jest mandatariuszem narodu argentyńskiego a przedstawicielem kompanii meblowej z Ventimiglia (miasto na granicy Włoch i Francji) na teren Republiki Argentyny. Takie moje niedouczenie z hiszpańskiego. I jeszcze ważne: „para” nie znaczy tam „niby”.

Wizyta w polecanym przez Carlosa biurze Cosmopolitan zaowocowała praktycznie ziszczeniem się moich planów turystycznych w zakresie maksimum.

Sprzedano mi bilet lotniczy trzytygodniowy na oblot całej niemal Argentyny za 269$ liniami „Aerolinea Argentinas” a ponadto załatwiono mi telefonicznie z paragwajskim biurem podróży dwudniową wyprawę na wodospady Iguacu i to z zapewnieniem, że moja wiza brazylijska będzie honorowana na granicy Brazylii z Paragwajem (wizy paragwajskiej nie miałem).

Otrzymałem więc niezwykłą szansę obejrzenia słynnych wodospadów ze strony wszystkich trzech krajów, u których zbiegu granic wodospady Iguacu się rozpościerają.

Chyba zbędnie ale dla porządku przypomnę, że wodospady te grały główną rolę wraz z Robertem de Niro w filmie „Misja”.

Dla ich opisania krajobrazowego i botanicznego trzeba by prawdopodobnie poświęcić grubą księgę, na którą miejsca tu w moim felietonie nie ma, więc ograniczę się jedynie do banalnego stwierdzenia, że miejsce to ze swym urokiem, kolorytem a zarazem potęgą i grozą nie ma sobie równych wśród tych, które w życiu widziałem.

Łagodność rzeki, i zadziwiająca cisza przed jej progiem kontrastuje z hukiem spadającej wody i wrzaskiem ptactwa skrytego wśród gęstych roślinnych zwojów (czy tylko roślinnych?) i nieprzebranej warstwy liści wszelakiego kształtu i barwy.

Spod nóg wcale nieśpiesznie ucieka pancernik a na głowę sypią się świeżo pokruszone łupinki pożywnych nasion i rozmaitych orzeszków, skrawki kory z pni drzew i resztki nie skonsumowanych gałązek.

I ten wodny aerozol obecny wszędzie, podgrzewany podzwrotnikowym, letnim słońcem…

Z rozmarzenia wyrwało mnie wołanie przewodnika – to czas na uzupełnienie płynów a potem za mostem przerzuconym nad rzeką Rio Iguazu, czas wolny po stronie paragwajskiej.

Tu inny świat. Mimo takiej bezpośredniej bliskości do Brazylii i Argentyny, Paragwaj zachował swoją odrębność kulturową, co widać na pierwszy rzut oka a jego miasteczka wyglądają jeszcze barwniej i weselej niż te brazylijskie i najbardziej chyba dążące do europejskiego stylu – argentyńskie.

Zachowanie mieszkańców tych miasteczek jest też nieco inne niż Brazylijczyków czy Argentyńczyków, mniej kontaktowe i bardziej nieufne w stusunku do obcych.

W ogóle Guarani wyglądają nieco inaczej, inaczej się ubierają, pracują i inna jest też u nich hierarchia wartości – co widać choćby na przykładzie grafiki i kolorystyki banknotów.

O ile w Argentynie bez trudu można było porozumieć się mieszanką języka włoskiego z hiszpańskim, to podczas tego krótkiego pobytu w Paragwaju nie spotkałem nikogo, kto by ze mną zamienił choć parę słów w tym skleconym na moje potrzeby „esperanto”. A sam paragwajski był równie odmienny od hiszpańskiego pierwowzoru jak polski Fiat od Fiata włoskiego. Guarani i w tej mierze zachowali odwieczną tradycję.

Wodospady pożegnałem z żalem, bo rzeczywiście spodobało mi się tam, i wynająwszy smukłego Douglasa DC9, pofrunąłem w kierunku Ziemi Ognistej.

Ale podróż wiodła jeszcze przez Calafate, Lago Argentino i Perito Moreno.

O spływającym do jeziora Lago Argentino lodowcu Perito Moreno pisało ostatnio kilku znanych podróżników z Polski  i pojawiły się też zdjęcia i filmiki na portalach internetowych.  Należy więc dodać  jedynie, że w roku 1993 lodowiec zatrzymał się  i przestał być światową atrakcją ale od roku bodaj 2005 znowu krawędź jego jęzora obłamuje się co 2-3 godziny wpadając z hukiem do wód Lago Argentino – ku uciesze licznych rzesz, przybywających z całego Świata, turystów ale też i właścicieli domów w co raz to zamożniejszym Calafate.

Myślę, że i lotnisko w Calafate, które mnie wówczas w roku 1990 przyjęło na twardym, żwirowatym gruncie, doczekało się modernizacji i nie straszy już podróżnych ani połamanymi kontenerami ani brakiem pasa startowego do jakiego zwykle jesteśmy przyzwyczajeni na lotniskach nawet krajowych.

Sądząc po cenach jakie osiągają teraz tygodniowe wycieczki z Ushuaia do Calafate (ok. 6000$), wszystkim związanym z turystyką w tamtym rejonie powodzi się znakomicie a mało kto pamięta jeszcze samoloty, w jakich mnie wówczas przyszło latać żeby wylądować i w Calafate i w Ushuaia.

Trasa ta była wówczas obsługiwana przez wojsko argentyńskie i z użyciem właśnie posiadanych przez wojsko dwusilnikowych górnopłatowych samolotów transportowych, w których zamontowano po ok. 30 miejsc siedzących, czyli metalowych krzesełek jako żywo przypominających te w naszych Autosanach czy starych Jelczach „ogórkach”. Jako pasy bezpieczeństwa służyły eleganckie, parciane taśmy zakończone stalowymi klamrami zatrzaskowymi.

Samolot leciał dość nisko nad ziemią (ok. 2-3 km), więc można było podziwiać okoliczności przyrody rozpościerającej się w dole i to z wieloma szczegółami.

Nie zdziwi więc nikogo, że w momencie, gdy nagle pochylił się mocno do przodu a jego silniki wydały z siebie jakiś żałosny jęk, który przeszedł w przeciągłe wycie, ci z pasażerów mocniej wierzący rozpoczęli modły a ci mniej wierzący nerwowo odkręcili kapsle od butelek z Ginem. Co robili całkowici ateiści nie będę czytelnikom opisywał, jakoś przecież dało się później ten samolot posprzątać.

A ten przechył i ta cała draka to był po prostu kilkuset metrowy pionowy uskok, który właśnie nasz samolot dzielnie pokonywał zbliżając się z każdą sekundą do ziemi, na której nie można było wypatrzeć ani żadnego lotniska z betonowym pasem startowym ani nawet asfaltowej drogi, na której moglibyśmy wylądować. Dodatkową atrakcją bowiem tego lotu miało być lądowanie na ubitej, żwirowej ziemi. I co najważniejsze, za tę dodatkową atrakcję nie pobrano od nas dopłaty….

Miasteczko Calafate przyjęło nas bardzo gościnnie, nie narzekało bowiem jeszcze na nadmiar zagranicznych turystów. Zamieszkałem, pamiętam, w niewielkim drewnianym domu wraz z parą Francuzów z okolic Saint Tropez, z których on mówił po angielsku a ona po niemiecku.

Nawiązaliśmy dość szybko kontakt, zwłaszcza, że okazałem się dla nich równie interesującą atrakcją turystyczną jak sam lodowiec. Wiedzieli, że w Polsce następują zmiany społeczno-gospodarcze ale nie mieli dotąd okazji „dotknąć” ich z tak bliska.

Nazajutrz wynajętym Jeepem udaliśmy się do Parku Narodowego aby namacalnie i osobiście potwierdzić istnienie płynącego lodowca, obrywanie się z hukiem jego czoła i wystrzeliwanie z wody gejzerów brył lodowych, niektórych prawdopodobnie wielkości samochodu, więc ze względów bezpieczeństwa, uzbrojeni strażnicy Parku nie dopuszczali nas do jeziora na odległość mniejszą niż 300 m.

Wracając na nocleg miałem jeszcze okazję niezwykłą spotkać potężnego orła bielika amerykańskiego, który przysiadł na pobliskiej skale grzejąc się chyba w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, by po chwili odpłynąć niewidocznym niemal falowaniem swych dostojnych skrzydeł i poszybować dalej wokół doliny niczym jej pan i władca aby później (może nawet nieświadomie) na długie lata stać się jej handlowym znakiem.

Nastepnego dnia po „wysłuchaniu” lodowca Perito Moreno, ja też szybowałem w przestworzach ale w kolejnym wojskowym samolocie i to w klasie „C” (były miękkie foteliki), który bez przeszkód przeleciawszy trochę nad terytorium Chile, wylądował na całkiem przyzwoitym lotnisku w Ushuaia.

Tu, w ostatnim miasteczku na Ziemi Ognistej, doznałem spotkania z Panem Zapruckim, którego syna, pracującego w Biurze Obsługi Turystycznej poznałem przy okazji zamawiania pokoju na nocleg.

Moje emocje sięgnęły zenitu. Wszak była to polonijna rodzina, zamieszkała najdalej na Południe na globie ziemskim.

Młody Zaprucki (przepraszam ale imienia nie pamiętam) zaprowadził mnie na „kwaterę prywatną” według polskiej nomenklatury, gdzie  – jednak trochę niespodziewanie, usłyszałem czystą polską mowę jej gospodarza.

Nie ukrywam, że popłynęły łzy i to z obu stron.

Pan Zaprucki przyznał, że ostatni raz miał kontakt z mową polską  i Polakami ponad trzydzieści lat temu (około roku 1960) przy okazji koncertu zespołu „Mazowsze” w miejscowości Rio Gallegos, odległej o jakieś 200 km od Ushuaia.

Po tym oświadczeniu i ustaleniu warunków najmu wolnego pokoju w hacjendzie Zapruckich, królował już tylko „gin & tonic”.

Starszy Pan Zaprucki, trzymał się znakomicie a wpływ na taką jego postawę miała niewątpliwie wieloletnia służba na okrętach podwodnych, najpierw polskich a po wojnie, argentyńskich, oraz znakomite zakąski serwowane przez uśmiechniętą od ucha do ucha, korpulentną Panią Zaprucką.

W końcu, jak mi wyznał, stopień bosmana obowiązuje.

Nazajutrz, po opanowaniu „tupotu białych mew” i innego ptactwa morskiego, wybrałem się na pieszą wędrówkę po okolicach miasteczka Ushuaia.

I znowu spotkała mnie argentyńska niespodzianka, gdy zauważyłem, prowadzący na pobliskie wzgórze, absolutnie nowoczesny wyciąg krzesełkowy. Byłem przekonany, że na krańcu Świata nie skacze się na nartach ani nie zjeżdża na nich pomiędzy kolorowymi chorągiewkami.

Uroku tej okolicy Ushuaia dodawał melodyjnie szemrzący i gaworzący swe indiańskie baśnie strumień, który przeniesiony w nasze, zakopiańskie Tatry z całą pewnością stałby się jedną z głównych ich atrakcji.

Kolejnego dnia z rana, już bez konsekwencji poprzedniego wieczora (Pani Zaprucka o to zadbała), czekał na mnie w porcie Ushuaia wypolerowany i lśniący czystością katamaran (a o to zadbał młody Zaprucki), który miał mnie oraz kilkunastu innych przybyszów z całego Świata, powieźć na spotkanie z morsami i pingwinami głównie, dwudniowym rejsem w kierunku Antarktydy.  Wszak był środek lata a luty był jedynym miesiącem w roku, w którym ocean w tamtym rejonie nie zamarzał grubą, niekiedy kilkuset metrową warstwą lodu.

Epilog z „hardcorem” w tle.

 Wizyty na skalistych wysepkach oblepionych morsami i na żwirowych, których plaże zajmowały tysiące pingwinów, przebiegały pokojowo i w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Ich mieszkańcy chętnie pozowali do fotografii i z cierpliwością zawodowych aktorów powtarzali sceny batalistyczne, gdy widać było po minie, że powstały film lub fotka nie zadowalały ich autora.

Na pokładzie katamaranu między uczestnikami tej wspaniałej wyprawy, zadzierzgnęły się krótkie bo krótkie ale więzy przyjaźni a przynajmniej sympatii.

Nienaganna praca „katamaranowego” kucharza przynosiła smakowite rezultaty a dobre piwo „Arctica”, dopełniało naszego, podróżniczego szczęścia.  Długie, wieczorne dysputy, nieznanych przecież sobie ludzi z najróżniejszych zakątków Świata, wywoływały niekłamane emocje i szczere zaciekawienie.

Mnie osobiście najbardziej zainteresował swoją osobą skromny ale ubrany z wyszukaną elegancją dżentelmen o śniadej cerze, wyraźnie marznący w sytuacji, gdy ja ściągałem z siebie ciepły sweter bo… było mi za gorąco! Jak się okazało był to wysoki urzędnik Narodowego Banku Królestwa Jordanii, z którym potem jeszcze kilka razy korespondowałem i którego wizytówkę zachowałem do dziś.

I można by było powiedzieć w tym momencie, że tak kończyła się – co tu dużo mówić – podróż mojego życia, gdyby nie…

No właśnie. Przecież przede mną jeszcze podróż powrotna.

Uzyskałem telefoniczną wiadomość, że mój wspólnik od „Jasia Wędrowniczka” dotrzymał słowa, i że za dwa – trzy dni będę miał miejsce w samolocie lecącym z Buenos Aires do Moskwy.

Pożegnawszy więc rodzinę Zapruckich i wszystkich poznanych w Ushuaia ludzi,  udałem się na lotnisko, gdzie grzał silniki (obydwa) mój „stalowy ptak” aby mnie dostarczyć na lotnisko w Rio Gallegos, skąd już „Douglasem DC9” miałem dolecieć do stolicy Argentyny.

W Buenos zakwaterowałem się na te ostatnie dni w tym samym hoteliku i odwiedziłem te same knajpki ze zwisającymi (przypominam) z talerzyka kotletami „milanese”, spakowałem klamoty i czekałem na telefon z Aerofłotu.

Łomotanie do drzwi mojego pokoju obudziło mnie ok. 3 w nocy. Podana mi karteczka nie pozostawiała żadnych wątpliwości: odlot o 5;30.

Krótki prysznic, plecak na plecy, jeszcze forsa za rachunek w recepcji i… tu znowu miłe zaskoczenie: hotel przygotował mi na drogę „suchy prowiant”. Nie musiałem go rozpakowywać, żeby wiedzieć co w nim się znajduje. Przez folię wyczułem dwa wielkie plastry pieczonej wołowiny, bułki i jakieś dodatki.

Taksówka z drogą na lotnisko poradziła sobie w trzy kwadranse, miałem więc jeszcze trochę czasu na odszukanie stanowiska odprawiającego radzieckich marynarzy. Nie było to zresztą specjalnie trudne, gdyż zachowali oni (marynarze) nawet na stałym lądzie tendencję do „marynarskiego kroku”. Wystarczyło mi więc wypatrzeć w tłumie podróżnego pokonującego falującą posadzkę hali odlotów i pójść za nim.

Wkrótce dał się zobaczyć ciekawy widok kilkuset postaci, nieźle ubranych i z fajnymi bagażami, którym jednak wyraźnie stały ląd nie służył, gdyż wciąż szukali nogami nowego miejsca podparcia.

Powiem szczerze, że rozumiałem ich doskonale. Po sześciu czy ośmiu miesiącach na oceanie, tylko w określonym męskim gronie, nieusuwalnym zapachu przerabianych ryb, braku świeżego menu i wreszcie z dala od rodzin – to jest dostateczny powód do odreagowania nawet w ten najprostszy a bardzo popularny sposób. I ani mi w głowie potępiać któregokolwiek z nich za takie nadużycie.

Do samolotu dostałem się prowadzony przez członków jego załogi, więc już drugi raz w życiu czułem się jak VIP (pierwszy raz jadąc do Belgradu w 1978). Swój bilet zostawiłem obsłudze samolotu a sam zająłem miejsce wskazane mi przez bardzo, bardzo doświadczoną stewardessę, która z racji swego wieku, mogła być moją matką.

Ale to też rozumiem. Z kilkuset facetami „po spożyciu” nowicjuszka nie miałaby szans a i los naszego samolotu byłby niepewny.

Może się mylę ale wydaje mi się, że samolot ten miał dziesięć siedzeń w rzędzie (trzy + cztery + trzy). To był po prostu kolos, jakim nigdy wcześniej ani później nie leciałem. I gdy w trakcie lotu dopadła nas burza z błyskawicami, które zaczerwieniły całe niebo wokół nas, pilot po prostu wyleciał nim ponad burzę i mogliśmy ją spokojnie obserwować pod nami.

Panie z obsługi sprawnie roznosiły szósty już raz kurczaka, gdy pilot zapowiedział: wlecieliśmy właśnie w obszar powietrzny Związku Radzieckiego.

Oznaczało to, że należy przyspieszyć trzeźwienie, bo Szeremietiewo tuż, tuż.

Kolos bezbłędnie wylądował a na pokładzie rozpoczęły się nerwowe rozmowy co i jak należy mówić „pogranicznikom” i „tamożnikom” (celnikom), żeby nie stracić niczego z przewożonych towarów i tych osobistych dla rodziny i tych wiezionych na sprzedaż.

Ja takiego kłopotu nie miałem, bo mój plecak zawierał mniej więcej połowę zawartości tej zabranej z domu, więc raczej beztrosko pomaszerowałem w stronę hali tranzytowej, gdzie miałem złapać samolot LOTu do Warszawy.

Teraz „hardcor” :

z mojej beztroski wyrwał mnie głos porucznika radzieckiej Straży Granicznej : „grażdanin a Wy odkuda zdies?” (obywatelu skąd się tu wzięliście). Odpowiedziałem zgodnie z rzeczywistością, że z Buenos Aires, zapominając zupełnie o tym, że przyleciałem samolotem nie znajdującym się w ogóle w rozkładzie lotów!

Nie wolno zapominać, że był to rok 1990, rok niepokojów i przemian politycznych w Związku Radzieckim i że Polska po roku 1989 w mentalności ludzi radzieckich nie należała już do grona przyjaciół oddanych Związkowi Radzieckiemu – obojętne jakie byłyby nasze odczucia w tym zakresie.

Mogłem więc łatwo zostać poczytany za „szpiona” (szpiega) i wrócić do domu w Polsce po wielu latach albo i nie.

Ratunek przyszedł ze strony oficerów – pilotów, którzy wzięli młodego „lejtnanta” na bok, coś mu „skazali” (powiedzieli), postawili w pozycję „ruki po szwam” (na baczność), po czym zauważyłem, że zamachali mu przed nosem moim biletem, który im zostawiłem na lotnisku w Buenos Aires.

Lejtnant wziął mój paszport, przywalił stosowną pieczęć i pospiesznie udał się do pobliskiej toalety.

Ja natomiast prężąc się jak na VIPa przystało, oddałem się procedurze odprawy do lotu LOTem do Warszawy.

I proszę mi się nie dziwić, że odmówiłem spożycia zwyczajowego posiłku na pokładzie, bo byłoby nim siódme już w ciągu doby udko z kurczaka….

K O N I E C 

W tej opowieści ciągu dalszego nie będzie – koniec to koniec.

Extra dla wytrwałych

„Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie dziękuję” – w ten sposób spowiadała sie kiedyś zbyt głośno, moja koleżanka – studentka.

Polecam także uwadze felietony


komentarze 4 »

  1. Autor: Beata

    24 października 2012 @ 17:33

    No, Panie Michale piękne to jest, tym bardziej, że prawdziwe ale do czytania na dłuuugie, zimowe wieczory. Interesujące bardzo ale ..

  2. Autor: Maria

    7 lipca 2014 @ 10:32

    Super ciekawe!!! Proszę wiecej

  3. Autor: Norbert

    2 lipca 2015 @ 19:50

    dobrze się czyta twoje artykuły
    Norbert ostatnio opublikował..Dobry wóz paszowy FIDER od ZAMET z PłockaMy Profile

  4. Autor: Aneta

    27 kwietnia 2016 @ 10:55

    Ameryka Południowa to idealne miejsce na wyprawę. Czekam na kolejne relacje. Zgadzam się bardzo ciekawie piszesz.
    Aneta ostatnio opublikował..Kampanie AdWords – czyli popularne linki sponsorowaneMy Profile

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu · Adres TrackBack

Zostaw komentarz

CommentLuv badge
 

Najnowsze komentarze

Kategorie dokumentów

Galerie foto

Blog Traffic

  • Stronę odwiedziło: 622805
  • Teraz na stronie: 8

Mój wiek XX

Ślubowanie sędziów:

The oath taken by polish judges:
As the common court judge I do solemnly swear to serve faithfully the Republic of Poland, uphold the law, conscientiously perform the duties of a judge, administer justice according to the law, impartially and according to my conscience, I swear to keep the State and official secrets and to behave according to the principles of dignity and integrity”.

The person making the oath may add at the end:

„So help me God.”



"Ślubuję uroczyście jako sędzia sądu powszechnego służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy państwowej i służbowej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości."

Składający ślubowanie może dodać na końcu zwrot:

"Tak mi dopomóż Bóg."

Google