RSS Paraprawo

Homo homini lupus est

Archiwum

Polecane strony


Art. 32 Konstytucji RP. Article 32


1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
All persons shall be equal before the law. All persons shall have the right to equal treatment by public authorities.

2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
No one shall be discriminated against in political, social or economic life for any reason whatsoever.

Art. 45 Konstytucji RP. Article 45


1. Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd.
Everyone shall have the right to a fair and public hearing of his case, without undue delay, before a competent, impartial and independent court.

Art. 54 Konstytucji RP. Article 54


1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.
The freedom to express opinions, to acquire and to disseminate information shall be ensured to everyone.

Art. 77 Konstytucji RP. Article 77


1. Każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej.
Everyone shall have the right to compensation for any harm done to him by any action of an organ of public authority contrary to law.

2. Ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.
Statutes shall not bar the recourse by any person to the courts in pursuit of claims alleging infringement of freedoms or rights.

Podróż czwarta – Singapur’89


Działo się to niedługo przedtem, jak wiele krajów w odpowiedzi na ogłoszenie aktorki Szczepkowskiej o zniknięciu z Polski ustroju komunistycznego, zniosło wizy turystyczne dla obywateli Polskiej Rzeczpospolitej – nadal Ludowej.

Singapore by day

Podróż Polskimi Liniami lotniczymi LOT do Singapuru była bardzo przyjemna i pożyteczna dla dalszego jej przebiegu. Nie od dawna wiadomo, że pokład samolotu sprzyja zawieraniu niekiedy całkiem zaskakujących znajomości. I może nawet te znajomości nie przeradzają się później w dozgonną przyjaźń, to z reguły owocują co najmniej niezwykłymi wydarzeniami.

Tak też było i tym razem.

Przypadek (oczywiście) zrządził, że miejsce obok mojego wykupiła pani, która spiesząc się do samolotu…. złamała (a może zwichnęła?) nogę. Ponieważ wówczas należało przed takimi lotami stawić się na lotnisku co najmniej dwie – trzy godziny przed odlotem, owej pani zdążono nogę zaopatrzyć medycznie i na jej wyraźne żądanie dostarczono ją do samolotu i właśnie na miejsce obok mojego.

Bardzo miłe stewardessy LOTu poprosiły mnie o zmianę miejsca i usadowiły mnie w pierwszym rzędzie siedzeń obok dwóch panów w średnim wieku. Ta nieoczekiwana zamiana miejsc miała ten jeszcze plus, że przed nami rozkładała się nader wygodna dla butelki i paru kieliszków – półeczka.

Jak nie skorzystać z takiej okazji. Moi sąsiedzi wygrzebali z bagażu podręcznego okazałego “Jasia Wędrowniczka” i ponieważ na pokładzie samolotu zakazu spożywania jeszcze nie wprowadzono a kostkarka do lodu działała bez zarzutu, już przed międzylądowaniem w Taszkiencie, miałem zarysowany plan mojego pobytu w Singapurze. Co prawda zarysy tego planu widziałem trochę jak przez mgłę, to niezwykłą, euroazjatycką urodę radzieckiej Pani Porucznik „pogranicznik” dojrzałem bez trudu (i proszę nie pytać o szczegóły).

Po tym, jak samolot ponownie „osiągnął wysokość przelotową”, przyszedł błogi sen i „odparowanie” “Jasia” w system wentylacyjny samolotu.

Na lotnisku w Singapurze potwierdziło się ustalenie z trasy Warszawa – Taszkient, że mam przez moich sąsiadów zafundowany pobyt ale muszę być cały czas z nimi w roli tłumacza (nie, nie myślcie sobie, że znałem chiński lub malezyjski – chodziło o nasz dobry, stary angielski).

Singapur wówczas był chyba jedynym miastem na świecie, w którym wykupienie pobytu hotelowego w budce na lotnisku, dawało znaczny rabat w stosunku do cen ustalanych teleksem lub faksem (Internetu przecież u nas wtedy nie było!).

Singapurska wiza

Hotel okazał się wykwintnym, 15 piętrowym gmaszyskiem z basenem na dachu, miłą obsługą, szybkimi windami i wyposażonymi chyba we wszystko co możliwe – ale ciasnymi pokojami. Do dziś pokutuje pogląd, że w Singapurze najdroższe są metry kwadratowe. Te ciasnawe pokoiki sprzyjały więc częstemu wychodzeniu na miasto a to w celu załatwienia spraw biznesowych, a to dla uprawienia zwykłej turystyki, a to w końcu dla sporządzenia zakupów tych codziennych i tych „dla domu”.

Hotel jak Ministerstwo

Dla przybyszów z Ludowej Polski, w której dolar amerykański w Banku nadal kosztował 1/3 wartości międzyobywatelskiej, sporym szokiem był, obowiązujący w Singapurze, jednolity kurs wymiany tej waluty w bankach i recepcjach hotelowych oraz w ulicznych kantorach (ok. 2 SiD = 1 USD). Oferowane przez niektóre z nich różnice kilku centów in plus, nie były żadną zachętą dla podjęcia ryzyka otrzymania starych i wycofanych banknotów lub monet.

1 dolar singapurski1 dolar singapurski

5 dolarów singapurskich5 dolarów singapurskich

10 dolarów singapurskich10 dolarow singapurskich

Singapur.2Singapur.1

Teraz już czas na przygody.

Od dawna wiadomo, że krew nie woda a szczególnie w polskiej głowie i jej szarej, komórkowej zawartości. Ta ostatnia, zanurzona przez jakiś czas w „Jasiu Wędrowniczku” traci swą szlachetną szarość razem z mądrością i wchłania wszystkie barwy czasu przygód. O niektórych z nich chciałoby się zapomnieć już nazajutrz a o niektórych pamiętać do końca życia, choć właśnie to życie przeważnie płata psikusy i odwraca zaplanowany w pamięci porządek.

Do rzeczy. Jeden z uczestników naszej mini grupy zapragnął zapoznania się z tajnikami lokalnej sztuki miłości. Nie było to szczególnie trudne, gdyż jeszcze przed zapadnięciem zmroku okoliczne uliczki przybierały postać naszego praskiego bazaru Różyckiego, przyozdabiając się w rozmaite stragany, kioski i namioty.

Tam, oprócz poczynienia znakomitych zakupów niespotykanych u nas warzyw i owoców, tanich i całkiem porządnych dorosłych ciuchów i ubranek dla dzieci, fantastycznych zabawek i sprzętu elektronicznego, można było spędzić rozkoszny czas w jednej z takich dyskretnych konstrukcji i także za przystępną cenę a w dodatku w wariancie z „konsumpcją” na miejscu oraz na wynos (a raczej na wywóz).

Kolega wybrał wariant „na wywóz”, zamówił taxi i pojechaliśmy do hotelu.

Zaraz jak tylko zdążyłem wjechać na nasze XII piętro i wejść do pokoju, zadzwonił telefon. Kierownik recepcji poinformował mnie, że powinienem jak najszybciej się z nim skontaktować osobiście, gdyż koledze grozi areszt i sześć miesięcy więzienia. Nawet nie pytałem za co, tylko pognałem do windy i …na dół.

Tu dowiedziałem się, że zaproszona do hotelu pani z bazaru, okazała się być zarejestrowanym w Singapurze jego mieszkańcem …ale płci męskiej. A za kontakty intymne z osobami tej samej płci singapurskie prawo przewidywało wówczas właśnie 6 miesięcy odsiadki.

Musiałem wspiąć się na wyżyny mojej siermiężnej jednak angielszczyzny i aż przez całe trzysta dolarów (amerykańskich) tłumaczyć owemu kierownikowi i detektywowi hotelowemu, że kolega pomylił się w wyniku zauroczenia wielką urodą niewieściego lica i jeszcze większą urodą piersi tego, hm… pana i że nie warto wzywać Policji, bo gość już właśnie wychodzi.

I w całej tej historii nie były najważniejsze stracone walory ani stracona okazja. To, co najbardziej bolało, to było późniejsze (już po zażyciu litra kropli uspokajających) wyznanie kolegi, który łamiącym się głosem rzekł: ”Panowie, taka hańba! Ja 50 lat się za babami uganiam i żeby teraz chłopa od baby nie odróżnić…”. Tak cierpiało urażone do bólu męskie ego…

Pagoda ze złotymi dachami

Druga przygoda przydarzyła się mnie osobiście i choć należy do kategorii równie intymnych, zdecydowałem się o niej napisać, choć pewnie teraz już nikt by się tak nie nabrał jak ja wówczas.

Jak wspomniałem na początku opowiadania, byłem potrzebny moim współtowarzyszom podróży głównie dla tłumaczenia renegocjowanego przez nich kontraktu na zakup kilkuset drukarek i ploterów. Urządzenia te przybyły bowiem do Polski w wersji 110V, czyli nie nadającej się do użytku – czytaj: nie nadającej się do sprzedaży. „Umoczona” w towar kwota pieniędzy uzasadniała zarówno samą podróż zawiedzionych handlowców do Singapuru jak i zaangażowanie mnie w charakterze tłumacza.

Mniejsza o szczegóły, renegocjacje się powiodły, właściciel firmy eksportowej zgodził się na dostarczenie odpowiedniej liczby kompatybilnych transformatorów, dostawa została uregulowana gotówką – a w związku z tym zadowolone strony udały się do nadmorskiej knajpy oświęcić wspólny sukces. Wcześniej jednak chcę wspomnieć, że tenże właściciel chińskiej firmy eksportowej – co jest rzadkością wielką – zaprosił nas do odwiedzenia jego domu i poznania jego żony. Uczyniony nam honor przyjęliśmy ze zrozumiałą wdzięcznością. Z wizyty tej przeniosłem do budowanego właśnie domu pewien pomysł budowlany a mianowicie obszerną łazienkę, do której wejście było zarówno z korytarzyka jak i z sypialni państwa. Udający się wieczorem do łożnicy państwo zamykali łazienkę od wewnątrz i mieli ją tylko da siebie – ewentualni pozostali mieszkańcy domu i goście mieli dla siebie odrębną toaletę. Trzeba przyznać, ze takie rozwiązanie nie było znane ani tym bardziej stosowane w systemie budownictwa wielkopłytowego W-70 w Polsce.

Wracajmy do knajpy.

Zasiedliśmy przy wielkim, okrągłym i obracającym się stole gdzie nakładane porcje podjeżdżały nam „prosto pod nos”. Nic nie wieszczyło nieszczęścia, gdy zapowiedziano danie wieczoru, czyli krewetki królewskie. W pobliże stołu podjechało całkiem duże akwarium, w którym nieświadome swego losu pławiły się te morskie stworzenia. Obecny na miejscu kucharz w wielkiej jak z filmu czapie, zagarnął równie wielkim sitem krewetki i umieścił je w szczelnym naczyniu podobnym do laboratoryjnego eksykatora. Następnie wlał doń niemal całą butelkę alkoholu doprowadzając krewetki do stanu nietrzeźwości, który podobny może raz mi się zdarzył w okresie studiów a może i drugi raz w okresie, gdy byłem rolnikiem.

Teraz prawdziwy horror: pijane do nieprzytomności krewetki kucharz bezlitośnie wrzucił do wrzącej wody….

Po niedługim czasie, krewetki zwinięte w kabłąk i poczerwieniałe pewnie ze wstydu za ludzkie okrucieństwo, wylądowały na naszych talerzach.

Kucharz pokazał nam jak należy je spożywać ale on chyba miał palce z azbestu. Parząc sobie swoje okrutnie, próbowałem naśladować jego pokaz obierania krewetek, jednak na tyle nieudolnie, że praktycznie każdej z krewetek pozostawiałem na odwłoku jakąś łuskę – błąd!

Ale o tym przekonałem się dopiero rano.

Organizm ludzki nie posiadł do roku 1989 naszej ery, zdolności trawienia chityny, z której łuski krewetek są zbudowane. Skutkiem tego pozbywa się ich w tradycyjny sposób w całości nie bacząc na ich niezmiernie ostre krawędzie. I nie pomoże tu żaden „Jasio Wędrowniczek”. Wyjście pozostaje tylko jedno….

Potem jakaś maść, wazelina lub inne łagodzące rany medykamenty…

Nauka ta pozostała mi na całe życie i teraz do sałatek używam tylko krewetek obranych i mrożonych a i tak każdą sprawdzam przed włożeniem do ust.

Nazajutrz, na pocieszenie wybraliśmy się zwiedzić ogromną farmę krokodyli, czyli zwierząt zabijanych przez człowieka dla kobiet a bardziej dla kobiecych torebek i pasków. Bo kto z facetów chodzi dziś w butach ze skóry krokodyla? Za to się przecież w Unii siedzi albo buli słone grzywny.

Wśrod krokodyi - autor pierwszy z lewej

Ostatni nasz dzień w Singapurze spędziliśmy na spacerach po dzielnicy hinduskiej, gdzie zaopatrzyliśmy się w prezenty dla dzieci i dorosłych domowników.

Czym tato uszczęśliwił dzieci

Wracający do Warszawy samolot LOTu przypominał nieco „międzynarodowy pociąg” opisywany przeze mnie w „Podróży drugiej – Turcja’75”, gdyż tak jak ten pociąg miał charakter osobowo – towarowy.

Ponad połowa przestrzeni na pokładzie samolotu wypełniona była ładunkami naszych importerów, które nie pomieściły się w lukach bagażowych a niewielka tylko grupka pasażerów pomieściła się w przedniej części kadłuba stwarzając znowu przytulną atmosferę sprzyjającą używaniu szklaneczek wypełnionych kostkami lodu i ich rozpuszczalnikiem o miodowej barwie….

O! O! Okęcie, koniec podróży.

Polecam także uwadze felietony


Komentarzy: 6 »

  1. Autor: Pei

    27 September 2012 @ 05:38

    I don’t even know the way I finished up right here, but I assumed this put up was good. I don’t recognize who you are however definitely you’re going to a well-known blogger for those who aren’t already 😉 Cheers!

  2. Autor: social media management Stevenage

    20 September 2014 @ 02:16

    Hey I am so delighted I found your webpage, I really found you
    by error, while I was researching on Aol for something else, Anyhow I am here now and would just like to
    say thanks for a remarkable post and a all round interesting blog (I
    also love the theme/design), I don’t have time to read it all at the moment but I have saved it and also inkluded your RSS feeds,
    so when I have time I will bee back to read a
    great deal more, Please do keep up the excellennt work.
    social media management Stevenage ostatnio opublikował..social media management StevenageMy Profile

  3. Autor: wera

    23 October 2015 @ 10:53

    Ale opowieści ciekawe:) najgorsze to te krewetki!;) nie jem często, ale po Twoim opisie na pewno zwrócę uwagę na to, czy są obrane!
    wiemy jak dostać odszkodowanie za błąd medyczny: odszkodowanie za błąd lekarza Lublin
    wera ostatnio opublikował..DEFINICJA BŁĘDU W ORGANIZACJI SZPITALAMy Profile

  4. Autor: Krystian

    19 January 2016 @ 20:10

    Singapur to miejsce interesujące dla turystów. Jedną z ciekawostek jest surowe prawo w niektórych kwestiach. Myślę, że brakuje tego teraz w Europie, gdzie czasami ludziom brakuje kultury.
    Krystian ostatnio opublikował..Lepiej dążyć do porozumieniaMy Profile

  5. Autor: Daro

    13 March 2016 @ 18:25

    Piękny miejsce, sam noszę się z zamiarem wyjazdu na najbliższe wakacje do Singapuru. Może jakieś dokładne porady co zabrać ze sobą?

  6. Autor: Mario

    3 April 2016 @ 09:24

    Pozazdrościć wyjazdu. Też chciałbym kiedyś zobaczyć Singapur. Dzięki Tobie na chwilę tam się przeniosłem – dziękuję.
    Mario ostatnio opublikował..Jak zmienić swój styl? Pierwsze kroki w świecie modyMy Profile

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu · Adres TrackBack

Zostaw komentarz

CommentLuv badge
 

Najnowsze komentarze

Kategorie dokumentów

Galerie foto

Mój wiek XX

Licznik odwiedzin

256663
Total Hits : 643985
Who's Online : 1
plugins by Bali Web Design

Ślubowanie sędziów:

The oath taken by polish judges:
As the common court judge I do solemnly swear to serve faithfully the Republic of Poland, uphold the law, conscientiously perform the duties of a judge, administer justice according to the law, impartially and according to my conscience, I swear to keep the State and official secrets and to behave according to the principles of dignity and integrity”.

The person making the oath may add at the end:

„So help me God.”



"Ślubuję uroczyście jako sędzia sądu powszechnego służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy państwowej i służbowej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości."

Składający ślubowanie może dodać na końcu zwrot:

"Tak mi dopomóż Bóg."

Google