RSS Paraprawo

Homo homini lupus est

Archiwum

Polecane strony


Art. 32 Konstytucji RP. Article 32


1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
All persons shall be equal before the law. All persons shall have the right to equal treatment by public authorities.

2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
No one shall be discriminated against in political, social or economic life for any reason whatsoever.

Art. 45 Konstytucji RP. Article 45


1. Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd.
Everyone shall have the right to a fair and public hearing of his case, without undue delay, before a competent, impartial and independent court.

Art. 54 Konstytucji RP. Article 54


1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.
The freedom to express opinions, to acquire and to disseminate information shall be ensured to everyone.

Art. 77 Konstytucji RP. Article 77


1. Każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej.
Everyone shall have the right to compensation for any harm done to him by any action of an organ of public authority contrary to law.

2. Ustawa nie może nikomu zamykać drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.
Statutes shall not bar the recourse by any person to the courts in pursuit of claims alleging infringement of freedoms or rights.

Podróż druga i pół – Związek Radziecki’76


Zakaz palenia papierosów na Placu Czerwonym obowiązuje od 40 lat
Czerwiec roku 1976 przyniósł Polsce brzemienne w skutkach protesty robotnicze – te znane i obfitujące w konsekwencje – w Radomiu i Ursusie i te mniej znane i mniej komentowane
– w innych miastach i miejscowościach, w których robotnicy i chłoporobotnicy wyrażali swoje niezadowolenie z planowanych i wprowadzonych podwyżek cen żywności i niektórych artykułów przemysłowych. Nie będę zarzucał czytelników szczegółami ekonomicznymi – te można znaleźć i w wydawnictwach IPN i częściowo w podręcznikach szkolnych a także w rozmaitych publikacjach internetowych – bez trudu.

A choć felieton ma traktować o podróży, to jednak warto przypomnieć młodszym internautom skutki wydarzeń z owego czerwca 1976 tj.

– naznaczone tragiczną sławą „ścieżki zdrowia”, szczególnie spopularyzowane przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej w Radomiu wspomaganych członkami elitarnych Zmechanizowanych Oddziałów Milicji Obywatelskiej za szkół milicyjnych w Szczytnie lub Goleniowie,

– spędy struchlałych ze strachu, pokornych i oddanych Partii towarzyszy na Stadionie im. X-Lecia Manifestu PKWN w Warszawie i RKS „Radomiak” w Radomiu, podczas których ta partyjna klasa robotnicza potępiła haniebnie samą siebie za udział w strajkach, manifestacjach, przyspawaniu wagonów do szyn (Ursus) i spaleniu budynku Komitetu PZPR (Radom) a także

– narodziny takich określeń tej ‘gorszej’ klasy robotniczej jak „warchoły” i „chuligani” – wygłoszonych po raz pierwszy publicznie ustami jej najwybitniejszego przedstawiciela I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, towarzysza Edwarda Gierka właśnie.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć także, że i ta lepsza i ta gorsza klasa robotnicza stanowiła wówczas konstytucyjną przewodnią siłę narodu wraz z klasą chłopską i inteligencją pracującą i ubliżanie jej przez I Sekretarza PZPR (jakoby też przewodniej siły narodu), stanowiło silny i niewątpliwy dysonans z głoszonymi powszechnie hasłami i regulaminem samej PZPR.

I jeszcze te kilka uwag z opisanego tu epizodu historii PRL, o których nie wolno zapominać a trzeba pamiętać i pamięć tę pielęgnować.

Radomskie „ścieżki zdrowia” wielu Radomian przypłaciło ciężkimi obrażeniami i dożywotnimi kontuzjami – nie wszyscy bowiem ustali przejście przez szpaler 30 – 40 rozjuszonych propagandą i alkoholem zbójów w mundurach MO i ZOMO, pałujących ich bez opamiętania i na oślep – bo tych co upadli oprawcy próbowali podnieść lejąc ich pałami jeszcze bardziej – żeby się nie ‘czaili’.

Późniejsze wyroki długoletniego więzienia wymierzone radomskim (i nie tylko radomskim) robotnikom i masowe zwolnienia z pracy z ‘wilczym biletem’,  miały dodatkowo dać przykład, że Partia ma się mocno i nie warto z nią zadzierać w jakikolwiek sposób.

Procesy sądowe odbywały się i owszem – formalnie nawet występowali w nich obrońcy oskarżonych. Wśród nich, najbardziej chyba znany Jan Olszewski, został nawet w tzw. ‘wolnej Polsce’ Premierem, zaś organizator pomocy uciemiężonym robotniczym rodzinom – Jacek Kuroń – również zapisał się w pamięci i historii najnowszej jako założyciel Komitetu Obrony Robotników „KOR” (przepraszam w tym miejscu wszystkich tych, którzy byli współorganizatorami pomocy prawnej i rzeczowej ofiarom ‘czerwca 1976’ a których imion i nazwisk nie wymieniłem).

W takiej więc przygnębiającej atmosferze – przyznam, że z duszą na ramieniu i z dużymi wątpliwościami czy słusznie postępuję wyjeżdżając akurat teraz do ‘jaskini lwa’ – w połowie lipca 1976 roku po zdaniu wszystkich egzaminów I roku studiów na Wydziale Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, pojechałem wraz z ok. 20 osobową grupą studentów innych Wydziałów na praktyki robotnicze w Międzynarodowych Oddziałach Budowlanych w tzw. ‘podmoskow’je’.

Do celu naszej budowlanej przygody potrzebowaliśmy 8 godzin jazdy autobusem z Moskwy – kraj wielki to i ‘podmoskow’je’ daleko a obora na 300 krów, którą mieliśmy zbudować dla miejscowego ‘sowchozu’ znajdowała się we wsi Pustynka, rejonu Kimry, kalininskoj (obecnie twerskoj) obłas’ti (http://pl.wikipedia.org/wiki/Twer).

Podmoskow'je.2

Pierwszy etap podróży, koleją do Moskwy teoretycznie nie powinien być niczym szczególnym. Co prawda słyszało się to i owo opowiadane przez powracających z budowy ‘wielkiej rury’ czyli “Rurociągu Przyjaźń” polskich robotników o drobiazgowych kontrolach dokonywanych na granicy ZSRR z Polską przez rosyjskich (przepraszam – radzieckich) pograniczników i tamożników (celników), a to i owo okraszone było rozlicznymi, pikantnymi opowiastkami prawdziwymi częściowo lub wcale – ale…

my młodzi, naiwni, awangarda świata, mimo wszystko wierzący jeszcze wówczas w międzynarodową jedność młodzieży i starszych przedstawicieli bratnich narodów, przygotowaliśmy się raczej do co najmniej VIPowskiego przyjęcia, pęków goździków, uginających się od jadła i picia stołów, niosących się dalekim echem dźwięków bałałajek i harmoszek a po wszystkim – ogromnych łóżek z puchowymi pierzynami i stertami równie puchowych poduszek.

Rzeczywistość pokazała jak mało wiedzieliśmy o współczesnym świecie i jak mało informacji do nas docierało. Życie za ‘żelazną kurtyną’ sprzyjało utrzymywaniu poziomu tej wiedzy, ustalonego przez polityczną propagandę, na dostatecznym – ale tylko dla potrzeb tej propagandy – poziomie. Nam, młodym gniewnym (trochę), którym zdjęto kłódkę z łańcucha potrzeba było eksplozji wiedzy, wrażeń, nowych kontaktów, muzyki, kolorów, przyrody, sztuki i estetyki.

To wszystko czekało na nas już od momentu przetoczenia się kół wiozącego nas ‘Pociągu Przyjaźni’ po torach ułożonych na żelaznych przęsłach mostu przez Bug.

Błyskające ciekawskie reflektory z jaskrawym i oślepiającym światłem, szpaler milczących postaci w brezentowych pałatkach, być może chroniących je przed deszczem, lufy karabinów wystające spod tych pałatek, szczekanie trzymanych na uwięzi psów i pokrzykiwanie nielicznych mundurowych, przykrytych szerokimi jak sombrera, oficerskimi czapkami.

Grupy ‘pograniczników’, działając według precyzyjnej ‘rozpiski’, wspięły się dziarsko do wnętrza składu pociągu i po chwili, niemal jednocześnie we wszystkich wagonach i wszystkich przedziałach tych wagonów padła komenda ‘na korytarz’ i zaroiły się korytarze rozespanymi postaciami w koszulach, pidżamach, podkoszulkach i gaciach. Przytrzymując jedną ręką owe ‘sombrera’ i przyświecając sobie latarkami, zaglądali żołnierze w każdy zakamarek przedziału w poszukiwaniu mogących ukrywać się w nich osób – prawdopodobnie szpiegów albo wrogów Związku Radzieckiego – pragnących nielegalnie przekroczyć jego granicę.

Następnie ten cały tłum zaspanych (a może i trochę podchmielonych) pasażerów ‘Pociągu Przyjaźni’ rozszedł się do swoich przedziałów oczywiście po skrupulatnym sprawdzeniu tożsamości każdego z nas w paszporcie ale także w takim tajnym, specjalnym grubaśnym kołonotatniku z ponacinanymi dla oznaczenia kolejnych liter alfabetu, stronicami.

Teraz już tylko ‘tamożnicy’ (celnicy) sprawdzili ile młodzież wiezie kontrabandy i hajda do hangarów na zmianę wagonowych podwozi.

Wymiana podwozi nie była spowodowana nadmiernym ich zużyciem na trasie Warszawa – Brześć ale była konsekwencją zastosowania dekretu wydanego w XIX w przez Cara Mikołaja o budowie kolei z rozstawem torów równym 5 stopom angielskim czyli 1524 mm. Taka szerokość torów znalazła ogólne zastosowanie w kolejnictwie rosyjskim a następnie radzieckim.

Polska, po odzyskaniu niepodległości, stosowała przy budowie szlaków kolejowych rozstaw torów 1435 mm, co wiązało się jednocześnie z koniecznością budowy stacji przeładunkowych na granicy ze Związkiem Radzieckim.

Trzeba podkreślić, że system ‘szerokich torów’ sprawdził się jako skuteczny system obronny Związku Radzieckiego zarówno podczas I jak i II Wojny Światowej ale także stał się później elementem doktryny obronnej ZSRR wobec powstałego w 1949 roku militarnego paktu północnoatlantyckiego NATO. Utrzymanie i obrona kilku stacji przeładunkowych była oczywiście łatwiejsza i pewniejsza niż obrona i ochrona całej sieci kolejowej. Konieczność wymiany podwozi w każdym wjeżdżającym na terytorium Związku Radzieckiego i wyjeżdżającym stamtąd składzie pociągu stanowiła dostateczną trudność w swobodnym przedostaniu się niechcianych, obcych transportów wojskowych, na teren ZSRR.

My, mimo, ze chciani, też musieliśmy swoje 2 – 3 godziny odczekać we  wspomnianym ‘hangarze wymiany podwozi’. Było to o tyle uciążliwe, że nie można było w tym czasie ani nigdzie wyjść z wagonu, ani się umyć ani używać toalety, gdyż pod podniesionymi na jakieś 2 metry do góry wagonami pracowali robotnicy wymieniający podwozia.

Z jakąż więc ulgą poczuliśmy, że wagony wreszcie ‘jadą w dół’ i precyzyjnie opadają na podtoczone rzędy wózków podwoziowych aby po ich sprawnym umocowaniu przez radzieckich robotników, posklejać się w całość ‘Pociągu Przyjaźni” i ruszyć wygodnie na Wschód…

Nie znałem, poza nielicznymi fotografiami, wyglądu Dworca Białoruskiego w Moskwie z czasów masowych i nie zawsze dobrowolnych podróży Polaków do Rosji zwanej później Związkiem Radzieckim ale przypuszczam, że jeszcze w roku mojego przyjazdu, 1976,  wyglądał on nadal tak samo i tak samo żył i funkcjonował jak przed wiekiem i tylko podróżni przez te sto lat zmieniali na nim ubrania i mentalność i zamieniali pękate, szmaciane bagaże na tekturowe walizy a wygrzebane ze strychów starocie na zegarki naręczne. I przechadzając się przez chwilę po peronie Dworca, wyobraziłem sobie, że pewnie tak samo jak przed laty, za sprawą poklejonego bajana, snuje się gdzieś z kąta duszoszczipatielnaja nuta pieśni z nadwołżańskich przestrzeni.

Powitanie było a jakże, filmowe. Kwiaty, komsomolskie znaczki w klapy, uściski a nawet całusy, oficjalna mowa kierownika Międzynarodowej grupy studentów – budowniczych, kilka słów z naszej strony a potem – jak przystało na międzynarodowe przedsięwzięcie – zapakowaliśmy się do bardzo zabytkowego pojazdu, zaplanowanego zapewne pierwotnie jako autobus, któremu jednak – jak przypuszczaliśmy złośliwym zrządzeniem losu – doklejono z przodu ‘pysk’ ciężarówki.

Z Moskwy wydostaliśmy się dość szybko, wszak był to czas, gdy na wielopasmowych obwodnicach moskiewskich przemykały niemal wyłącznie samochody służbowe i to głównie służb mundurowych. Nasz cel podróży – wieś Pustynkę – osiągnęliśmy po 8 godzinach jazdy dobrze po zmierzchu. Z tego fragmentu trasy należałoby zapamiętać szczególnie trzy wydarzenia: przejazd przez miasto Dubna, obiad w przydrożnym barze i przeprawę przez wiejskie tereny rejonu kimreńskiego błotnistą i oświetloną jedynym czynnym reflektorem naszego pojazdu, drogą.

I wkrótce na tej własnie drodze upewniliśmy się, że powstały w fabryce ZIŁa oryginalny twór radzieckiej motoryzacji nie był pomyłką konstruktorów. Bywało bowiem, że gdy zanurzeni po osie kół w czarne jak wszystko tej nocy błoto, traciliśmy nadzieję na dotarcie na miejsce przed bladym świtem, ZIŁ  – bus, mieląc z mozołem to błoto wielkimi i głęboko rzeźbionymi oponami, milimetr po milimetrze brnął do przodu aby gdy tylko trafił się kawałek twardszego podłoża, wyskoczyć gwałtownie z głębokich kolein na porastające pobocze drogi, kępki trawy, które traktował niemal jak asfalt.

Gorod Dubna w każdym w zasadzie czasie był miastem zamkniętym, do którego wjazd był dozwolony wyłącznie na podstawie specjalnych przepustek a o obecności w nim jakichkolwiek  innostrańców nawet pomyśleć straszno. Znajdujący się tam reaktor atomowy i ośrodek badań jądrowych (zmultiplikowany nasz polski Świerk k/Warszawy) chroniony był jak źrenica ‘złotego’ oka. Z prozaicznego powodu nieprzejezdności obwodnicy w kierunku miasta Kimry i na podstawie decyzji szefa miejscowego KGB, jako międzynarodowa grupa studentów z bratnich krajów socjalistycznych – w drodze wyjątku – w asyście milicyjnego gazika przejechaliśmy Dubną wyznaczonymi ulicami przez dzielnice mieszkaniowe  nie wzbudzając niczyjego szczególnego zainteresowania.

Kilka godzin spędzonych w naszym pojeździe, wymusiło konieczność ‘wyprostowania nóg’ i napełnienia głodnych studenckich brzuchów. Komendant oddziału wybrał do tej akcji lokalny bar samoobsługowy w jednym z kolejnych, mijanych miasteczek. Bar jak bar. Lada, kilka pustych półek za ladą, nad nimi portret Lenina z odnowioną ramką i za czystym szkłem no i krzykliwa barmanka czuwająca nad porządkiem i ładem społecznym. Menu nie było zbyt skomplikowane i składało się w zasadzie z trzech a może i czterech pozycji bo nie pamiętam, czy chleb dodawany był do każdego dania obligatoryjnie, czy też stanowił danie odrębne.

Te trzy podstawowe dania to było naliwnoje piwo (niekiedy nazywane boczkowym), kartoszki i coś, czego nazwa mi się nie utrwaliła bo nie zdołałem jej powiązać z przedmiotem nazwanym. Był to mianowicie rodzaj smażonej, mielonej masy prawdopodobnie zawierającej także mięso, uformowanej w kształt podłużnych, romboidalnych kotlecików. Gdy później, po kilku dniach spożywania (już na miejscu) podobnych dań garmażeryjnych, większość z nas rozdęta i ze spuchniętymi wątrobami próbowała domagać się dodatków w postaci warzyw, owoców i innych wspomagających trawienie roślin, usłyszeliśmy, że owe ‘kotleciki’ je się z chlebem a kartoszki to właśnie warzywa.

Dopiero ogłoszona przez nas przerwa w pracy w dniu 22 lipca (dzień naszego ówczesnego Państwowego Święta Manifestu PKWN), przemycony przez jednego ze studentów radzieckich list do naszej Ambasady i ogólna awantura jaką polskie dziewczęta zrobiły czeskim kucharkom i samemu komendantowi – spowodowały odmianę naszego losu.

Okazało się przede wszystkim, że komendant otrzymał od moskiewskiego Komsomołu należne kwoty i na owoce i na warzywa ale stracił je w…miejscowej agencji towarzyskiej w rejonowym mieście Kimry! A był to rok 1976 – przypominam. Wyobrażacie to sobie?

Słowem, żarcie się poprawiło. Odtąd otrzymywaliśmy do kartoszek i chleba z kotlecikiem – całą cebulę ze szczypiorkiem na głowę, skrzynkę jabłek na grupę i tzw. szczi, czyli lekką zupkę z kapusty. A ponieważ zamieniliśmy częściowo nasze dżinsy na radzieckie czerwońce (potoczna nazwa banknotów dziesięciorublowych), bywało, że miejscowi mieszkańcy, którzy razem z nami pracowali na budowie Sowchozu,  przynieśli grzecznościowo iz produktowego magazina paru butyłoczek wodki a i sało (słonina wędzona) i ogórcow na zakusku toże.

Atmosfera w międzynarodowej grupie istotnie się poprawiła a niebagatelny na to wpływ miał nasz wspólny występ artystyczny zorganizowany dla licznie zebranej miejscowej ludności w kilka dni po naszym lipcowym Święcie w zachowanym i przekształconym w dom kultury, prawdopodobnie dawnym budynku lokalnej cerkiewki. Kabaretowe skecze studentów radzieckich okrasiliśmy pokazem tańca polskiego poloneza, do którego melodię “Poloneza Warszawskiego’ wykonałem osobiście na będącej w dobrym stanie i na stanie owego domu kultury, harmożce.

Po występach artystycznych i ‘bogatej’ kolacji nastąpił tego dnia długi, słowiański wieczór integracyjny z tańcami i spacerami indywidualnymi oraz ze śpiewami przy ognisku włącznie a potem, już z rana Czeszki – kucharki i Rosjanka – pielęgniarka – filolog germanistyki, serwowały najbardziej aktywnym uczestnikom integracji, regeneracyjny kwas chlebowy, herbatę a nawet wodę mineralną…

Dalszy pobyt i praca w Pustynce przebiegały w założony sposób bez większych ekscesów. Obora przewidziana na 300 krów powstawała systematycznie i stała niewzruszona w ten sam cudowny sposób jak cały Związek Radziecki. Budowana przez fachowców podobnych mnie nie miała przecież prawa przetrwać silniejszego wiatru a jednak….

Ukrainiec Sasza jako mój majster, płotnik (po naszemu cieśla) skutecznie wyuczył mnie pracy siekierą, jej klepania, ostrzenia, oprawiania trzonka, wykonywania nią zaciosów w krokwiach dachowych i w końcu rzucania do celu. Wreszcie ponadstumetrowej długości obora, zadaszona i oszklona stanęła w pustyńskim Sowchozie głównie ku uciesze zziębniętych i zmoczonych niepogodą krów. Zapewne tez jakiś stosowny medal pojawił się wkrótce w klapie marynarki przewodniczącego tej rolniczej organizacji.

Do mnie zaś zamiast medalu przylgnęło mało pochlebne przezwisko ‘burżuazyjnego jelemienta’ ustalone przez rejonowego komisarza politycznego w wyniku kilku moich głośnych uwag na temat organizacji pracy na zakończonej już budowie.  Otóż nie podobało mi się, że zaprawa, pustaki, cegły i beton na nadproża wnoszone były na piętro budynku po kilku deskach ułożonych obok siebie od gleby do okna na pietrze i połączonych w poprzek kawałkami drewnianych żerdzi. Deski te zwane ‘liesami’ uginały się indywidualnie i zbiorowo wywołując niekontrolowane kołysanie się ludzi niosących skrzynie z półpłynną zawartością i obfite przelewanie się tej zawartości z niesionych skrzyń na owe ‘liesa’, buty niosących i glebę poniżej. Zaproponowałem założenie znanych u nas powszechnie bloczków budowlanych, których rysunki i zasadę działania pokazałem szefostwu budowy. Moja argumentacja, że oszczędności, ułatwienie, przyspieszenie itd. itp… nie znalazły akceptacji.

BHP na budowie 1976

Podobnie było z drogą dojazdową od wsi do Sowchozu, która choć miała tylko 3 kilometry, w deszczowe dni była absolutnie nieprzejezdna – szczególnie dla wywrotek wiozących na budowę beton i inne materiały budowlane – stanowiąc źródło niepoliczalnych strat materialnych spowodowanych zastyganiem betonu na skrzyniach ładunkowych, koniecznością późniejszego zrąbywania skamienieliny, rozbijania jej w ‘betonmieszałkach’ i ponownego jej uzdatniania do czegokolwiek. Dwa zatrudnione na budowie spychacze gąsienicowe typu DT niekiedy całymi dniami zajmowały się wyłącznie wyciąganiem wywrotek załadowanych rzadkim niegdyś betonem z błota i przeciągania ich na twardy grunt sowchozowego podwórza. I znowu moja ‘oszczędzająca’ propozycja położenia na drodze płyt z betonu znanych w Polsce jako ‘monowskie’ – spotkała się ze zdecydowaną krytyką szefostwa budowy i nazwaniem mojego pomysłu niemal kontrrewolucyjną myślą, której realizacja w istotny sposób mogłaby naruszyć ogólnonarodowy  plan budownictwa mieszkaniowego.

Dyskusja była zbędna a całą niefortunną a burżuazyjną próbę zmiany systemu gospodarowania zażegnały: wielki słoik z ogórkami, takaż miska z jabłkami, druga z pomidorami i cebulą, bochen wiejskiego chlebuszka, połeć wędzonej słoniny, ‘zgrzewka’ półlitrowych butelek z wódką i skrzynka mniejszych z wodą mineralną oraz …harmożka wypożyczona na tę okoliczność z Domu Kultury.

W zasadzie nazajutrz (tak mi się wydaje) kierownik naszej studenckiej grupy wypłacił nam umówione wynagrodzenie 144 rubli na głowę, z których zaraz jego sekretarz pobrał od nas po 6 rubli na Fond Mira i tyleż samo na Fond Lenina (nie, to na pewno nie ZUS). Z pozostałych pieniędzy zwróciliśmy lokalne długi zaciągnięte u mieszkańców Pustynki, spakowaliśmy nasze klamoty i zajęliśmy miejsca w znanym już czytelnikom ‘bardzo zabytkowym pojeździe ZIŁ’.

Tym razem droga zawiodła nas do miasta Kalinin (obecnie Twer), gdzie po zwiedzeniu domu – muzeum następcy Lenina, Michaiła Kalinina, luksusowym jak na rok 1976 pociągiem ekspresowym Moskwa – Leningrad, pojechaliśmy całą międzynarodową grupą zwiedzić Miasto – Bohatera Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

Tyle, że mnie, naznaczonemu piętnem ‘burżuazyjnego jeliemienta’, przydzielono w charakterze osobistych Aniołów Stróży, Ludmiłę – germanistkę i Wołodię – filozofa. Wyrządzono mi tym rzeczywistą przysługę, gdyż nie tylko ich obecność przy mnie nie umniejszyła atrakcyjności 8 dni spędzonych w Leningradzie i Moskwie, ale uczyniła je tym bardziej wyrafinowanymi, że moi bodyguard’owie okazali mi osobiste odruchy przyjaźni a sami zaprezentowali niezaprzeczalnie wysoką kulturę własną i ogromną wiedzę językowa, geograficzną, historyczną, przyrodniczą i Bóg wie jaką jeszcze.

Ciąg dalszy nastąpi…

Na początek pobytu w Leningradzie zaproponowano nam szok, z którego do dziś nie mogę się otrząsnąć ilekroć myślę o tym miejscu. “Piskariowskoje Kładbiszcze” to miejsce, gdzie złożono zwłoki ok. 900.000 mieszkańców bohaterskiego Leningradu, pozbawionego pomocy reszty Rosji ze względu na terytorialna izolację i jedyną dostępną drogę zaopatrzenia przez jezioro Ładoga – zimą zamarznięte a tylko w innych porach roku dostępne dla łodzi.

Należy jednak dodać, że nieustannie teren ten był bombardowany przez samoloty Luftwaffe a zamarzający lód wielokroć nie wytrzymywał nacisku załadowanych ponad miarę ciężarówek z zaopatrzeniem, które były wchłaniane przez bezlitosną otchłań Jeziora jako skutek skrajnie zdeterminowanej decyzji Stalina o utworzeniu tzw. drogi życia.

Łomonosow, Moskwa 

 

 

 

 

 

 

Polecam także uwadze felietony


Komentarzy: 15 »

  1. Autor: Marta

    19 April 2013 @ 15:25

    Kiedy następny odcinek? Czekam z niecierpliwością!

  2. Autor: paintball gliwice

    4 June 2014 @ 23:53

    Ciekawe spojrzenie na sytuację i kraj – każdy winien przeczytać i zaznajomić się z przedmiotem felietonu.
    paintball gliwice ostatnio opublikował..paintball gliwiceMy Profile

  3. Autor: Kosmetyki samochodowe

    11 June 2014 @ 14:29

    Beznadziejne podejście kraju do robotników. Jestem za młody aby pamiętać, jednak kojarzę tych “gorszych robotników” to był strzał w kolano dla Gierka.
    Kosmetyki samochodowe ostatnio opublikował..Nie ryzykuj, nie zapomnij…My Profile

  4. Autor: Marcin

    11 February 2015 @ 14:03

    wciągający tekst
    Marcin ostatnio opublikował..Kable do stworzenia sieci komputerowejMy Profile

  5. Autor: Marek

    19 February 2015 @ 11:11

    Historia tu przedstawiona przypomina mi książkę “Dzieci Arbatu”. Zderzenie kolorowej młodości z szarą rzeczywistością polityczną. Dziękuję za ten odcinek.
    Marek ostatnio opublikował..Odmrożenia – stopnieMy Profile

  6. Autor: Marta

    21 February 2015 @ 17:27

    Ciekawe, ciekawe te praktyki studenckie 🙂 Nie wiedziałam, że już wówczas była tam tak rozbudowana sieć metra i takie elegancie stacje…

  7. Autor: odLot

    4 March 2015 @ 16:29

    Zdjęcia cudowne! FED-2! 🙂
    odLot ostatnio opublikował..FAQ Pilota drona – czyli 6 rzeczy, o których musisz wiedziećMy Profile

  8. Autor: Andrzej

    21 March 2015 @ 13:53

    Świetnie napisane, czekam na kolejne!

  9. Autor: Marian

    29 March 2015 @ 13:26

    Studiowałem w Moskwie 4 lata. Wrażenia mam zupełnie odwrotne. Większość tutejszej treści sprawia po prostu wstyd autorowi.
    Dotyczy to również opisu roku 1976 w Polsce.

  10. Autor: Michał Turzyński

    29 March 2015 @ 16:24

    Każdy może mieć własne wrażenia. Gdyby jednak Pan przeczytał moje opowiadanie, zauważyłby, że nie ma w nim ani słowa o samej Moskwie. Zawiera ono niemal wyłącznie opis faktów i zdarzeń – także tych z roku 1976 z Radomia, z którego pochodzę. Mając wówczas 21 lat byłem ich świadkiem a także niekiedy ich uczestnikiem.

  11. Autor: Darek

    3 April 2015 @ 15:39

    Moskwa i Rosja to praktycznie 2 różne kraje i taka jest prawda.
    Darek ostatnio opublikował..Pokój dziecięcy dla chłopcaMy Profile

  12. Autor: Andrzej

    29 May 2015 @ 12:03

    Dzięki za naświetlenie trochę historii. Warto było przeczytać.
    Andrzej ostatnio opublikował..Jak wybierać produkty budowlane?My Profile

  13. Autor: Kamcia

    22 June 2015 @ 15:54

    Co za historia! Uwielbiam czytać o Rosji – to jest tak egzotyczny kraj i tak ciekawy, że marzę, aby zwiedzić choć małą jego część! 🙂
    Kamcia ostatnio opublikował..Rejestracja samochodu i podatki – co i jak?My Profile

  14. Autor: Norbert

    2 July 2015 @ 19:49

    chciałbym zwiedzić
    Norbert ostatnio opublikował..Dobry wóz paszowy FIDER od ZAMET z PłockaMy Profile

  15. Autor: wawrzyk

    25 September 2015 @ 12:04

    Dobrze ze ktoś jeszcze opisuje taką historię w internecie, bo warto sobie przeczytać jak było całkiem niedawno i jak dużo się od tamtej pory zmieniło. Szkoda że tylko się narzeka na to co jest, zamiast czasem coś docenić. A co do Rosji, to tam zawsze będzie taka nieprzystępna polityka.
    zdobądź dotacje na badania i rozwój: projekty B+R
    wawrzyk ostatnio opublikował..Dotacje na projekty B+R dla MŚP i dużych firmMy Profile

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu · Adres TrackBack

Zostaw komentarz

CommentLuv badge
 

Najnowsze komentarze

Kategorie dokumentów

Galerie foto

Mój wiek XX

Licznik odwiedzin

256741
Total Hits : 644261
Who's Online : 0
plugins by Bali Web Design

Ślubowanie sędziów:

The oath taken by polish judges:
As the common court judge I do solemnly swear to serve faithfully the Republic of Poland, uphold the law, conscientiously perform the duties of a judge, administer justice according to the law, impartially and according to my conscience, I swear to keep the State and official secrets and to behave according to the principles of dignity and integrity”.

The person making the oath may add at the end:

„So help me God.”



"Ślubuję uroczyście jako sędzia sądu powszechnego służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy państwowej i służbowej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości."

Składający ślubowanie może dodać na końcu zwrot:

"Tak mi dopomóż Bóg."

Google